A więc stało się. Nadszedł dzień porodu. A właściwie dni porodu, bo poród rozkręcał się przez dwie noce i dopiero trzecia noc przyniosła odpowiedź.
5 grudnia 2013 o świcie przyszedł na świat Mały Amator Obuwia Sportowego (w skrócie: Trampkarz). Trampkarz ważył 3380g, liczył sobie 56cm wzrostu i wcale nie płakał.
Przyszedł na świat z lekkimi perturbacjami, a więc nie pojawi się tu niestety opis porodu z finałem w domu, choć taki był pierwotnie zamysł. Poród był domowy, ale ostatnie 2 godziny jednak były szpitalne, bo Trampkarz postanowił wstawiać się bokiem główki. Trudno się mówi, zagryza się zęby i jedzie do szpitala.
Nie zagłębiając się w szczegóły, Trampkarz urodził się zdrowy i kosmaty (pokryty meszkiem płodowym i posiadający całkiem pokaźną kolekcję włosów na głowie). W szpitalu byliśmy łącznie nieco ponad dobę, przy czym personel szpitala przyjął to godnie i wszystkie badania konieczne do wypisu wykonano od razu, hurtem, dzięki czemu nie musieliśmy przyjeżdżać potem żeby zrobić kolejne pobrania krwi, etc.
Powrót do domu to było poważne przeżycie. Kupiony kombinezon okazał się być o wiele za duży i Młody w całości zmieścił się w części przeznaczonej na tułów. Na dobrą sprawę o mały włos wpadłby tam razem z głową... Tatuś, szykując się do przyjazdu po nas nie dal sobie rady z zamocowaniem fotelika, więc mocowaliśmy go razem po wyjściu ze szpitala. Zapięcie w foteliku Młodego Trampkarza w przydużym kombinezonie też nie było łatwe.
Wylądowaliśmy w domu i zaczęło się życie...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 lutego 2014
czwartek, 26 września 2013
Poród naturalny = masło maślane?
Głoszenie idei porodu naturalnego wydaje się być trochę dziwne. Przecież to, co znamy z opowiadań rodzących drogami natury zwykło się nazywać porodem naturalnym. Można więc z powodzeniem mówić, że skoro kobieta nie miała cesarki, to urodziła naturalnie.
GUZIK PRAWDA!
Obecnie porody określane w szpitalach przez położne i lekarzy jako "porody sposobem naturalnym", "porody siłami natury", są w rzeczywistości po prostu porodami stymulowanymi ogromną ilością środków farmakologicznych oraz porodami odbieranymi w sposób sprzeczny z zasadami zdrowego rozsądku i sprzeczny z prawami fizyki. Szczęśliwie powoli odchodzi się od pewnych skostniałych zasad. Powoli pozwala się już kobiecie wstawać z łóżka porodowego w I fazie porodu. Powoli lekarze i położne zaczynają się przełamywać i przestają nacinać krocze bez wyraźnych przyczyn. Ale to nadal tylko wierzchołek góry lodowej. Nadal w większości szpitali w II fazie porodu nakazuje się rodzącej leżeć na wznak. Nadal nie mówi się o łatwiejszym gojeniu się ran szarpanych od ran ciętych. Nadal kobieta rodząca jest traktowana jak pacjentka w stanie zagrożenia życia.
Moje własne przeżycia, które zawiodły mnie do punktu, w którym znajduję się dzisiaj, a więc do punktu, w którym za żadne skarby świata nie urodzę w szpitalu, o ile nie będzie do tego wskazań, są również związane z ciążą. W zeszłym roku zdiagnozowano u mnie puste jajo płodowe. Już w 6 tygodniu dostałam zalecenie, by niezwłocznie udać się do szpitala na łyżeczkowanie macicy.
Zwlekałam celowo. Wszystko uzgodniłam z moim partnerem. Byliśmy czujni, ale spokojni.
Jajo płodowe nieco "urosło" ale nadal nie było w nim zarodka. W 10 tygodniu udałam się do innego lekarza, aby potwierdzić puste jajo płodowe i skonsultować się odnośnie możliwych sposobów działania. Z premedytacją pytałam o konieczność wykonania łyżeczkowania. Z premedytacją pytałam również o to, czy sytuacja nie mogłaby się rozegrać sama, w zaciszu domu. Organizm przecież w końcu sam się zorientuje, że dziecka nie ma. Uzyskałam lakoniczną odpowiedź, że mogę to zrobić, ale potem odbył się wykład odnośnie tego, że to nie jest dobre rozwiązanie.
Czekałam dwa kolejne tygodnie. Zaczęłam plamić i plamiłam łącznie tydzień.
Ostatnie dwa dni procesu oczyszczania się mojego organizmu były trudne, ale nie dlatego, że wydarzyło się coś niezwykłego. Po prostu krwawiłam bardzo obficie. Nie przeszkodziło mi to jednak w obowiązkach zawodowych i normalnie pracowałam. Drugiego dnia pojawiły się skurcze o niskim natężeniu i wydaliłam jajo płodowe w całości. Plamiłam jeszcze kilka godzin, a potem proces ustał.
Dwa tygodnie później kontrolne USG u innego lekarza nie wykazało żadnych problemów. Miesiąc później, gdy poszłam do lekarza, od którego usłyszałam wykład o konieczności łyżeczkowania, dowiedziałam się, że bardzo ładnie się wszystko prezentuje na obrazie USG. Padło też pytanie, w którym szpitalu mnie tak ładnie wyłyżeczkowali. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że w żadnym. Karcący wzrok lekarza pamiętam do dziś.
W tym momencie należałoby zadać pytanie: co by mi dała interwencja medyczna?
Gdybym wykazała takie zainteresowanie, pewnie mogłabym poprosić o biopsję w celu ustalenia przyczyn powstania pustego jaja płodowego. Odpowiedź jednak nie musiałaby być jednoznaczna. Czy jednak wiedza, że za ten stan powinnam była obwiniać siebie lub mojego partnera zmieniłaby coś? Pewnie nic, a w najgorszym możliwym scenariuszu spowodowałaby, że mielibyśmy powody do obwiniania się. Dziś oboje wiemy, że puste jajo płodowe po prostu się zdarza i nie musi mieć żadnego patologicznego podłoża. Świadectwem tego moja druga ciąża, która rozpoczęła się 3 miesiące po wydaleniu pustego jaja płodowego i szczęśliwie trwa już siódmy miesiąc.
Jakie konsekwencje miałaby interwencja medyczna?
W większości negatywne. Dla mnie wystarczającym jest argument, że stan po łyżeczkowaniu macicy jest stanem, który dyskwalifikuje z porodu naturalnego w domu.
Szeregu dalszych możliwych komplikacji pozwolę sobie nie wymieniać, bo są to komplikacje dosyć powszechnie znane.
Przemyślenia związane z tym wydarzeniem spowodowały, że zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, dokąd zmierza współczesna medycyna. Czy zawsze należy poddawać się wszystkim zabiegom medycznym i czy każde zalecenie lekarza należy traktować jako święte? Czy niektóre interwencje nie są interwencjami na wyrost?
Dalsze zagłębienie się w tematyce porodu naturalnego (ale tego naprawdę naturalnego, a nie ochrzczonego tak przez szpitale stymulowanego medycznie porodu drogami natury) tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nadużywamy interwencji medycznych.
Nie koniecznie świadomie.
GUZIK PRAWDA!
Obecnie porody określane w szpitalach przez położne i lekarzy jako "porody sposobem naturalnym", "porody siłami natury", są w rzeczywistości po prostu porodami stymulowanymi ogromną ilością środków farmakologicznych oraz porodami odbieranymi w sposób sprzeczny z zasadami zdrowego rozsądku i sprzeczny z prawami fizyki. Szczęśliwie powoli odchodzi się od pewnych skostniałych zasad. Powoli pozwala się już kobiecie wstawać z łóżka porodowego w I fazie porodu. Powoli lekarze i położne zaczynają się przełamywać i przestają nacinać krocze bez wyraźnych przyczyn. Ale to nadal tylko wierzchołek góry lodowej. Nadal w większości szpitali w II fazie porodu nakazuje się rodzącej leżeć na wznak. Nadal nie mówi się o łatwiejszym gojeniu się ran szarpanych od ran ciętych. Nadal kobieta rodząca jest traktowana jak pacjentka w stanie zagrożenia życia.
Moje własne przeżycia, które zawiodły mnie do punktu, w którym znajduję się dzisiaj, a więc do punktu, w którym za żadne skarby świata nie urodzę w szpitalu, o ile nie będzie do tego wskazań, są również związane z ciążą. W zeszłym roku zdiagnozowano u mnie puste jajo płodowe. Już w 6 tygodniu dostałam zalecenie, by niezwłocznie udać się do szpitala na łyżeczkowanie macicy.
Zwlekałam celowo. Wszystko uzgodniłam z moim partnerem. Byliśmy czujni, ale spokojni.
Jajo płodowe nieco "urosło" ale nadal nie było w nim zarodka. W 10 tygodniu udałam się do innego lekarza, aby potwierdzić puste jajo płodowe i skonsultować się odnośnie możliwych sposobów działania. Z premedytacją pytałam o konieczność wykonania łyżeczkowania. Z premedytacją pytałam również o to, czy sytuacja nie mogłaby się rozegrać sama, w zaciszu domu. Organizm przecież w końcu sam się zorientuje, że dziecka nie ma. Uzyskałam lakoniczną odpowiedź, że mogę to zrobić, ale potem odbył się wykład odnośnie tego, że to nie jest dobre rozwiązanie.
Czekałam dwa kolejne tygodnie. Zaczęłam plamić i plamiłam łącznie tydzień.
Ostatnie dwa dni procesu oczyszczania się mojego organizmu były trudne, ale nie dlatego, że wydarzyło się coś niezwykłego. Po prostu krwawiłam bardzo obficie. Nie przeszkodziło mi to jednak w obowiązkach zawodowych i normalnie pracowałam. Drugiego dnia pojawiły się skurcze o niskim natężeniu i wydaliłam jajo płodowe w całości. Plamiłam jeszcze kilka godzin, a potem proces ustał.
Dwa tygodnie później kontrolne USG u innego lekarza nie wykazało żadnych problemów. Miesiąc później, gdy poszłam do lekarza, od którego usłyszałam wykład o konieczności łyżeczkowania, dowiedziałam się, że bardzo ładnie się wszystko prezentuje na obrazie USG. Padło też pytanie, w którym szpitalu mnie tak ładnie wyłyżeczkowali. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że w żadnym. Karcący wzrok lekarza pamiętam do dziś.
W tym momencie należałoby zadać pytanie: co by mi dała interwencja medyczna?
Gdybym wykazała takie zainteresowanie, pewnie mogłabym poprosić o biopsję w celu ustalenia przyczyn powstania pustego jaja płodowego. Odpowiedź jednak nie musiałaby być jednoznaczna. Czy jednak wiedza, że za ten stan powinnam była obwiniać siebie lub mojego partnera zmieniłaby coś? Pewnie nic, a w najgorszym możliwym scenariuszu spowodowałaby, że mielibyśmy powody do obwiniania się. Dziś oboje wiemy, że puste jajo płodowe po prostu się zdarza i nie musi mieć żadnego patologicznego podłoża. Świadectwem tego moja druga ciąża, która rozpoczęła się 3 miesiące po wydaleniu pustego jaja płodowego i szczęśliwie trwa już siódmy miesiąc.
Jakie konsekwencje miałaby interwencja medyczna?
W większości negatywne. Dla mnie wystarczającym jest argument, że stan po łyżeczkowaniu macicy jest stanem, który dyskwalifikuje z porodu naturalnego w domu.
Szeregu dalszych możliwych komplikacji pozwolę sobie nie wymieniać, bo są to komplikacje dosyć powszechnie znane.
Przemyślenia związane z tym wydarzeniem spowodowały, że zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, dokąd zmierza współczesna medycyna. Czy zawsze należy poddawać się wszystkim zabiegom medycznym i czy każde zalecenie lekarza należy traktować jako święte? Czy niektóre interwencje nie są interwencjami na wyrost?
Dalsze zagłębienie się w tematyce porodu naturalnego (ale tego naprawdę naturalnego, a nie ochrzczonego tak przez szpitale stymulowanego medycznie porodu drogami natury) tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nadużywamy interwencji medycznych.
Nie koniecznie świadomie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)